Eye For an Eye - rozmowa

Piotr Mazur

Może na początek opowiedzcie o zespole. Jak zaczynaliście? Co was skłoniło do tego żeby grać właśnie hard core/punk?

- To było tak dawno, ze niewiele już pamiętam J Od czasów, gdy zaczęliśmy grać nieśmiałe próby na gitarach podłączonych do wzmacniacza radiowego i mikrofonie pożyczonym z teatru amatorskiego – minęło kilkanaście lat. Na początku graliśmy w nieco innym składzie pod nazwą Antynomia. Niewiele udało nam się wtedy stworzyć, ale paru rzeczy się nauczyliśmy. Eye for an eye powstało 11 lat temu, ale dopiero, kiedy dołączyli do nas Wiśnia (nasz garowy) i Damian, z którym graliśmy kilka dobrych lat – zaczęło nabierać to kształtów. Pierwszą płytę „Fabrykę drwin” wydaliśmy własnym sumptem. Brzmi ona trochę nieporadnie, bo nagrywana była na salce prób zespołu Akurat, na komputerze naszego znajomego. A potem jakoś to poszło. Sporo nam pomógł Bezkoc z Pasażera.

A dlaczego poszliśmy drogą oznaczoną jako hc/punk? To była konsekwencja naszych wcześniejszych działań. Od najmłodszych lat byliśmy z tą sceną związani i bardzo mocno w nią zaangażowani, robiliśmy koncerty, manifestacje, działaliśmy w formalnych i nieformalnych stowarzyszeniach. Słuchaliśmy punkrocka i miało to wpływ na całe nasze życie, nasz światopogląd. Poza tym każdy z nas kochał muzykę. Chłopcy – Tomek i Wiśnia w szkole średniej grali w hardcoreowej kapeli, Damian w raeggowej. Nasze drogi W pewnym momencie się zetknęły i to zaowocowało w taki a nie inny sposób.

Z tego co wiem, na co dzień pracujesz jako nauczycielka w Czechowicach. Jak Twój wybór odebrało środowisko szkolne? Wiesz, koleżanki z pracy itp. W sumie nieczęsto zdarza się takie połączenie. Jak dla mnie spektakularny strzał w dziesiątkę! Było ciężko?

- Tak dla jasności, nie pracuję w Czechowicach, ale faktem jest, że zarabiam na życie ucząc. Nigdy nie miałam problemów z pogodzeniem grania i pracy, bo stereotyp nauczycielki w niemodnym koku, która po lekcjach wraca do swego schludnego, staropanieńskiego mieszkania, aby czytać Balzaca – na szczęście już umarł. Kiedy nota bene od uczniów moje kumpelki z roboty dowiedziały się, że gram – nie było żadnej niezdrowej sensacji, ot popytały jaki rodzaj muzyki, a kiedy dowiedziały się, że to coś, czego nie znają – przestały nawet pytać. Dyrektorka chętnie wykorzystuje mnie od tego czasu do wszystkiego, co wymaga obycia za sceną, ze sprzętem muzycznym, itp. –doświadczenie zespołowe pomaga jak widać także w pracy.

Jesteście już doświadczoną kapelą, gracie od 1997r.,  wiele widzieliście. Jak postrzegacie na przestrzeni lat środowisko punkowe/hard core’owe?

- Ja widzę sporo zmian. Gramy 11 lat, ale żyjemy tą sceną znacznie dłużej. W Polsce zmienił się styl życia, mamy teraz lepszy kontakt ze światem i to musiało wpłynąć na scenę hc/punk. Obecnie zespoły grają na niezłym sprzęcie, kapele mimo, że wiekowo coraz młodsze – reprezentują coraz wyższy poziom muzyczny. Nagrywa się płyty w profesjonalnych studiach, organizuje koncerty w dobrze nagłośnionych klubach. Mimo to jednak wydaje mi się, że coś w tej scenie umarło – jakiś element spontaniczności, który kiedyś był. Można było przyjść na koncert HC ubranym od stóp do głów w ciucharni, zagrać na starych Unitrach czy Vermonach, a ludzie byli absolutnie szczęśliwi. Nie było dyskusji o tym, które kroki taneczne w hardcorze są modne , a które są już obciachem, czy Nike są lepsze od Vansów. Wydaje mi się, że wraz z gospodarką rynkową przyszły zmiany na scenie. Jest teraz w większej mierze nastawiona na konsumpcję, a w mniejszej na idealizm.

Jak udaje się wam połączyć pracę, opiekę nad najmłodszym z rodziny i pasję, jaką jest muzyka? Musi to być szalenie trudne! Tym bardziej, że obydwoje gracie.

- Fakt, łatwo nie jest, dlatego gramy teraz mniej koncertów niż kiedyś. Dawniej, zanim urodził się Kubuś i Mikołaj (syn naszego perkusisty) zdarzało się, że graliśmy w każdy weekend. Dziś to już niemożliwe. Na szczęście Kuba ma super babcie, które lubią naszą muzę, wiedzą, jak to dla nas ważne i wspierają nas zawsze, gdy to potrzebne. Gramy regularne próby, pracujemy dodatkowo w domach nad materiałem (Tomek, ku rozpaczy sąsiadów, po nocach grywa w kuchni, żeby nie budzić małego), a od czasu do czasu jeździmy na koncerty.


Co byłą inspiracją do napisania „Minuty ciszy”?

- Mój wrodzony dekadentyzm, hyhy. A tak poważnie, to myślę, że dzisiejsza rzeczywistość nie pozwala już ludziom na spontaniczność, na pokazywanie emocji (to jest to, o czym mówiłam wcześniej, gdy pytałeś, co się zmieniło na scenie hcpunkowej). Jesteśmy tego kompletnie nieświadomi, ale rynek wywołuje w nas potrzebę dorównania jakimś określonym wzorcom, pozbycia się swojego prawdziwego ja i zaprogramowania się na bycie „kimś”, emocje tylko w tym przeszkadzają.

Ten kawałek to jakby zapis dnia takiego wypranego już z emocji człowieka, który rano wstaje i wszystko, co robi ma zaprogramowane (nawet nieład we włosach jest przemyślany). To kawałek o uciekaniu przed własnymi uczuciami, z którymi sobie nie radzimy i o których boimy się nawet mówić.

Jak wypada polska scena w porównaniu z zagranicznymi, np.: Szwedzką, Czeską? Jest topornie, czy raczej mamy się czym szczycić?

- W niektórych punktach jest topornie, ale w paru kwestiach mało kto nam dorównuje J. Trochę poobijaliśmy się po Europie i tym, co nas zawsze uderza jest podejście organizatorów koncertów do zespołów. Nie chodzi tu o materialne warunki, bo z tym jest bardzo różnie, ale o przyjazne podejście do ludzi, którzy przejechali kawał drogi, aby zagrać gdzieś koncert, są przeważnie zmęczeni, głodni i marzą o tym, żeby zanim wejdą na scenę posiedzieć chwilę w jakimś ciepłym miejscu i pogadać z kimś miłym. W Polsce niestety nie wszędzie jest jeszcze zwyczajem, by przyjmować kapelę, jak swojego gościa. Sami często robimy koncerty i wielką wagę przykładamy do tego, aby zespół dobrze się u nas czuł. Pogadać, zabrać kogoś na wycieczkę po Bielsku, czy zrobić śniadanie przy wspólnym dużym stole, to naprawdę niewiele kosztuje, a dla zespołu jest bardzo ważne. Tego właśnie nauczyliśmy się na zagranicznych koncertach, zwłaszcza w Niemczech i Austrii głównie na squotach, gdzie uwierzcie mi z pieniędzmi bywa krucho. Mimo to bardzo dobrze te miejsca wspominamy.

U nas natomiast jest publika, jakiej trudno szukać gdziekolwiek – ludzie są dynamiczni, nie boją się wleźć na scenę i tańczyć, krzyczą do mikrofonu, nawet jeśli nie znają tekstów ;) W Czechach czy Niemczech ludzie stoją z założonymi rękami nawet na MDC czy Varukers, z którymi tam właśnie mieliśmy przyjemność grać. Tamtejsze sceny są też jeszcze bardziej niż w Polsce podzielone.

Jakie plany na przyszłość? Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty? Macie już jakieś pomysły?

- W czerwcu 2008 nagrywamy nowy materiał. Pewnie zanim się ukaże minie trochę czasu, ale jestem przekonana, że jeszcze w tym roku ujrzy on światło dzienne. Niektóre nowe kawałki grywamy już na koncertach.

Z tego co wiem niedługo gracie we Wrocławiu. Skorzystacie z jeszcze jednego zaproszenia, jak tylko uda się coś ciekawego zorganizować?

- Obecnie jesteśmy już po koncercie we Wrocławiu i bardzo, ale to bardzo dobrze go wspominamy. Zaskoczyła nas duża jak na niedzielę frekwencja i fantastyczne przyjęcie. Przy okazji spotkaliśmy kilku znajomych, między innymi z Nonsensu, z którym mieliśmy parę lat temu okazję wspólnie zagrać (pozdrowienia). Dla mnie osobiście było zaszczytem stanąć na scenie z Profanacją, bo jednak to zespół, na którym takie „gonty” jak ja się wychowywały, hyhy.

Myślę, że jak tylko będzie okazja odwiedzimy Breslau ponownie.

Parę słów na zakończenie?

- Właściwie nie mam nic specjalnie ciekawego do dodania. Wymądrzam się codziennie w robocie ;)

Dziękuję za przyjęcie propozycji rozmowy i życzę jak najwięcej sukcesów!

- Dziękujemy.

 



http://www.efae.and.pl/
http://www.myspace.com/efae

Rozmawiał Piotr Mazur

dodajdo.com