Wywiad z Bartkiem Smoczyńskim
Witold Szwedkowski (artysta.fe.pl)
Co sądzisz o współczesnej sztuce polskiej?
Nie wiem czy znasz procedury szkół artystycznych ale awans akademicki jest związany z liczbą wystaw. Bo tak jak na innych uczelniach trzeba publikować i żeby dostać wreszcie tą procedurę, to trzeba mieć dorobek twórczy. Więc po co istnieją te BWA? Po to żeby ten dorobek twórczy artystów się dokonywał.
Żeby coś wystawić gdzieś.
...a jednocześnie środowisko samo z siebie musi się bronić przed tymi, którzy spoza Szkoły próbują z wolnej ręki wejść w układ. Ja nie skończyłem Szkoły ale i tak lepiej sobie radzę w życiu zawodowym niż wielu absolwentów tej placówki. Ale! Ja nie mogę być artystą!
Czy to jest jak ze zbawieniem i z kościołem? "Poza kościołem nie ma zbawienia" Musisz praktykować.
Musisz wejść na łono...
Musisz się ochrzcić, być bierzmowany, przyjmować sakramenty, wtedy będziesz zbawiony. Tak samo tutaj - musisz wejść w uczelnię, męczyć się, musisz potem praktykować obrządek, żeby być uznanym. Żeby mieć pieniądze czy tam ogólnie zlecenia.
Wielu praktykujących też tego nie ma.
Ale dostają apanaże, budżety galerii przewidują przecież wypłaty tantiem za wydrukowanie czegoś w katalogu.
Nie, nie, nie... To są jakby grosze i pierdoły. Tak naprawdę sytuacja jest dosyć śmieszna i przewrotna. Właśnie to jest najgorsze, że rynek za granicą, na przykład w Niemczech czy we Francji, jest bardzo korporacyjny i profesjonalnie hermetyczny - tam przebić się znaczy tyle co znaleźć się w lidze zawodowców. W Niemczech jest po niemiecku – trzeba należeć do cechu. Niekoniecznie musisz skończyć artystyczną szkołę. Bo tam poziomy szkolnictwa nieco inaczej wyglądają. Można ukończyć studium poligraficzne i należeć do tej gildii grafików. Tyle, że oni mają bardziej silne związki zawodowe. To działa w obrębie związków zawodowych i tutaj nikt nie pyta o to czy jesteś zdolny czy niezdolny, bardziej czy znasz się na robocie, czy nie. Chodzi o poczucie siły w grupie, żeby mieć poparcie czysto socjalne. Ja pracując w Niemczech musiałem się zapisać do związku i płacić składkę. I to było całkowicie normalne, pomimo że pracowałem tam dwa i pół miesiąca. Ale musiało być – Ordnung must sein! We Francji nikt z tobą poważnie nie rozmawia, jeśli nie masz agenta. Jeżeli przedstawiasz sobą jakąś wartość, to wtedy jest biznes. Wszystko jest fajnie i OK do momentu, do kiedy nie dochodzi wymiana finansowa. I wtedy albo masz agenta albo kogoś innego kto pośredniczy, nigdy nie robi się dealu na zasadzie „z ręki do ręki” – tak robią amatorzy. Robi się to przez galerię. Istnienie pośrednika po pierwsze legitymizuje cię, a po drugie legalizuje cała transakcję. Galeria nie zadaje się z byle kim, nie są to cudze prace. Dają ci taki stempelek, że to jest to, co klient kupuje.
Jak jest w Polsce?
W Polsce? Paranoja! Nie wiem czy czasem nie otwierają ci się oczy i czy widzisz… My się śmiejemy z Ruskich ale wszystko co jest wokół nas to jest taki ruski bazar. Z tym, że na ruskim bazarze mają ruskie czołgi, kałasznikowy i ich wyroby spod znaku „nie gniotsja nie łamiotsja”, a my mamy śmietnik, niby niemiecki, niby amerykański i niby francuskich rzeczy, które mają przypominać nam taki blichtr Zachodu ale… no nie są tym! Ja projektowałem przez kilka lat tylko opakowania i znam mniej więcej zasady rządzące tym rynkiem. Zasady są dwie... Pierwsza: główna argumentacja klienta jest taka – Panie, żeby to było tak jak na Zachodzie. Facet nie pomyśli, że jak na Zachodzie robi się coś takiego, to trzeba papier odpowiedni dobrać, że zdjęcie musi być profesjonalne… Nie! Ja mam zrobić tutaj, przy tym komputerze za całą agencję reklamową. „– No przecież pan grafik jest.” Zenek pi…olnie zdjęcie, laska taka jak tutaj ta Zosia, casting był na hali produkcyjnej, najładniejsza szwaczkę wzięli, proszę bardzo, w katalogu się znalazła – tak się biznes w Polsce robi. Polski marketing. Druga: agencja sieciowa, złota młodzież polskiego designu lat 22-25 siedzi i ściemnia, lansik, koks, komórki, lapy, sztuczny tłok – klient jest zachwycony, że traktują go jak śmiecia, a wszystko kosztuje milion milionów. Blichtr, ładni ludzie, drogie rzeczy. Ale projekt, sam w sobie, powstaje z gotowca. Tam się udaje, że się myśli, udaje projekty, ale smak wielkiego świata jest na tyle przekonujący, że każdy to łyka.
Nie chce mi się wierzyć, że to reguła…
Zdarzają się dobre, kreatywne agencje, nie będę wstawiał kitu, że ich nie ma i wszystko jest do dupy – to nieprawda! Ale zazwyczaj są to małe „rodzinne” agencje opierające się na zasadzie: on - grafik, ona – pani dyrektor, kilku znajomych i kilku zdolnych studentów. Tam właśnie robi się dobre oryginalne polskie projekty – nie zawsze oczywiście, bo takim ludziom się nie wierzy, wierzy się agencjom sieciowym, „bo wiedzą co robią”. (śmiech) – pracowałem to wiem – byłem mistrzem Tetrisa. Stan polskiego designu i sztuki to problem zaufania „klienta” – i to jest największy problem. I tu weryfikacja szkolna traci sens – tak jak mówiłem we Francji i Niemczech jest inaczej – należysz do grupy – więc po wewnętrznym zweryfikowaniu jesteś zawodowcem – może się podobać lub nie, ale masz moralne uprawnienie do posługiwania się formułą: artysta, designer itd. Właśnie na tym polega paranoja polska, że nie projektuje tego człowiek zweryfikowany, nie projektuje tego człowiek, który zna się na swojej pracy, nie tylko od strony ”artystycznej”, ale wykonawczej – rzekłbym warsztatowej – a przede wszystkim świadomie. Robi się zazwyczaj według zasady pierwszej. To nie jest korporacyjne, robią to leszcze takie jak ja – choć ostatnio sobie odpuszczam.
Artysta tego nie robi bo to chałtura, bo to uwłacza artyście?
Klient nie dopuści artysty, bo mu nie wierzy a wykonawców swojej woli ma w pogardzie (bo wtedy chodzi o pieniądze, których ma więcej). Człowiek, którego się kształci w artystycznej szkole nie będzie takich rzeczy robił jako artysta, bo się wstydzi. Wstydzi się głównie swojej uległości wobec zamawiającego – ktoś mu w szkole powiedział, że musi słuchać tylko duszy swojej co mu gra. To poważny dylemat – ale na tym przecież polega sztuka, obojętnie jaka, robi się ją po coś i dla kogoś, musi spełniać oczekiwania, łamać konwencje, robić coś … kiedy traci rys indywidualność i jest tylko wykonawstwem woli klienta przestaje być sztuką, designer, projektem. W drugą stronę to też nie działa – bzdety artysty estety – są tylko umysłowo-plastycznym onanizmem. Sztuką dla sztuki.
Ktoś jednak to musi robić, jakiś Leszek po WSHE – zabawne że Leszków kształcą ci samy ludzie co w Wielce Szanowanych Akademiach..
Dziękuję za rozmowę
Bartosz Smoczyński - rocznik 1971, urodzony w Łodzi,
Od początku lat 90 związany z Galerią Wschodnią i Konstrukcją w Procesie, były student wielu kierunków. W latach 1990-95 był asystentem, artystycznie i duchowo: Emmeta Williamsa, Christofera Snee, Richarda Nonasa, Ann Noel, Sibille Hofter, Jerzego Grzegorskiego.
Drukarz, specjalista od druku sitodrukowego na materiałach specjalnych. Do 1996 asystent techniczny na PWSSP.
Doświadczenie zdobywał w pracy w Niemczech i Wielkiej Brytanii, obecnie realizuje się zawodowo w roli freelacera w zakresie grafiki użytkowej i warsztatowej.
Obecnie programowo nie przynależy do formalnych związków i grup.
Rozmawiał Witold Szwedkowski

