INFAMIA
Franciszek Mocek
Poniżej zamieszczam Rozdział 1 czegoś, co w niedalekiej przyszłości chciałbym rozwinąć w pełno wymiarową powieść. W głowie może i mam już większość poukładaną, sens zarysowany, fabułę nakreśloną a bohaterów stworzonych ale jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, zapał jest tak długo dopóki nie usiądzie się przed klawiaturą, żeby to całe dziadostwo przeklepać na tekst.
Ja się postaram to skończyć.
Tekst znajdujący się poniżej jest wersją roboczą w związku z tym wszystkie uwagi, sugestie, bluzgi oraz listy adoracji byłyby mile widziane. Dlatego jeżeli zdecydowałeś lub zdecydowałaś się a) przeczytać; b) uśmiechnąć się pod nosem; c) przewinąć tekst na sam dół tak dla jaj – daj mi znać co-i-jak widziałbyś lub widziała lepiej.
O tutaj mi daj znać:
Będę bardzo wdzięczny.
Zapraszam do lektury.
ROZDZIAŁ 1
Piekło jest na ziemi, jest w każdym człowieku i każdy z nas może stanąć przed jakimś wewnętrznym sądem ostatecznym. I zmartwychwstać z niego innym, nowym człowiekiem.
Maria Dąbrowska
Nienawidzę śniegu. Zawsze, ale to zawsze, niezależnie gdzie się spojrzy będzie ci padać w twarz. Idziesz na północ – śnieg pada w twarz. Skręcisz na południe – dostaniesz śniegiem w twarz. Nawet jak popatrzysz w dół to podmuch wiatru sprawi, że śnieżynki trafią cię centralnie między oczy. Najgorsze jest to, że wcale nie musi padać mocno. Małe opady są jeszcze gorsze – do ciężkiego śniegu można się jeszcze przyzwyczaić, pada zewsząd i prędzej czy później przestaje się zwracać uwagę na zaśnieżone rzęsy i brwi, przymarznięty nos i bolące oczy. Od siedmiu dni jak jestem w drodze pada bez przerwy.
Nienawidzę śniegu.
Przynajmniej dobrze, że moja zwierzyna przeszła tędy nie tak dawno temu. Ślady nie są do końca zasypane. Sarna. Na śniegu jeszcze przez chwilę widoczne będą odciski racic – małych, ostro zakończonych. Przeklinam ten śnieg ale dzięki niemu będę mógł podejść bliżej. Wiatr wieje od zwierzyny. Ale musi hulać skoro nawet w lesie czuję. Żeby tylko się nie spłoszyła.
Od czasu gdy opuściłem Warszawę wpieprzam tylko suchy prowiant. Chcę mięsa. A mówił mi kapitan: weź suszone mięso, weź trochę proszku – same suchary i pakaresy ci nie starczą. Przestrzegał, że po trzech dniach zatęsknię za mięsem. Po czterech zamarzę o nim. Po pięciu przeklnę siebie za głupotę – potem jego. Ale przecież ja wiedziałem lepiej! Jak wrócę będę musiał zabrać kapitana na piwo i przyznać się, że jestem idiotą. Żebym jak jakiś pierwszy lepszy kłusownik po chaszczach za sarną ganiał, kiedy mam zlecenie do wykonania. Trudno. Jestem głodny.
Oho, jest i sarna. Zawsze mnie zastanawiało jak zwierzęta zimą sobie radzą. Śniegiem nawalone dookoła, zimno upośledza węch a one i tak znajdują pokarm. Jednocześnie klękając na lewą nogą sięgnąłem po strzelbę tak cicho jak tylko mogłem. Plecak podróżny i gruby ubiór trochę mi przeszkadzał ale wizja pieczystego nadawała moim ruchom takie skupienie, że sam siebie nie poznawałem. Pocisk wyjąłem z nerkówki – małej torebki zawieszonej na zasadzie paska na biodrach – będącej ostatnim krzykiem mody wśród nowobogackiej młodzieży warszawskiej a będącej na wyposażeniu Smutnych od czasu założenia zakonu. Wprowadzenie naboju do komory zamiast paru sekund zajęło mi całą minutę! Palce zmarzły. Gdyby coś takiego mnie dopadło jak szturmowaliśmy Petersburg nie byłoby mnie tutaj. Petersburg. Do tej pory mam koszmary. No, strzelba załadowana. Oparłem ją na ramieniu, pocałowałem. Jak do tej pory zawiodła mnie raz – i to z mojej winy, nie przeczyściłem lufy a przy specjalnie przedłużanych modelach, jak w tym przypadku jest to niedopuszczalne.
- Odpuść mi bo potrzeba, pobłogosław bo muszę, daj powodzenie bo pragnę. – wyszeptałem modlitwę i delikatnie pociągnąłem za spust. Odgłos strzału rozszedł się po lesie płosząc ptaki siedzące w koronie łysych drzew. Trwałem w pozycji jeszcze przez dziesięć sekund obserwując cel. Zapomniałem nawet, że wstrzymałem oddech jak mnie uczono. – Dziękuję.
Podszedłem do sarny. Kurwa, młoda. Góra rok, może półtora. Szkoda takiej ale co zrobić. Rozejrzałem się wkoło sprawdzając czy to miejsce nada się na rozbicie obozu. To do roboty.
Zacząłem obrabiać sarnę oddzielając czerwone mięso od tkanki tłuszczowej i skóry. Potrzebowałem tylko mięsa, z resztą nie miałem co zrobić w trasie. Jak Bóg da to się nie zmarnuje tylko ktoś to znajdzie i wykorzysta. Jest zimno, nie zepsuje się szybko. Pracowałem przy sarnie ciesząc się z ciepła martwego zwierzęcia. Może i obrzydliwe ale czułem jak życie wraca do przemarzniętych palców.
A z nieba cały czas padał śnieg. Jak ja go nienawidzę.
Õ
- Powiedz mi kto jest twoim Bogiem? – odgłos uderzenia. Jednego. Drugiego. Trzeciego… kolejne razy wymierzane drewnianym kijem spadały na poranione już plecy jęczących resztek człowieka. – Pan jest tu. Tuż obok ciebie. Czemu Go nie dostrzegasz? Wyciąga do ciebie ręce. Chce twojego dobra, a ty Go odrzucasz? Jaki syn odrzuca miłość swego ojca? Jaki człowiek odwraca się od swego stwórcy?
Jęk ustał. Nie dlatego, że nawracany zmarł ani dlatego, że uderzenia ustały. Leżący na kamiennej podłodze człowiek nie miał już sił wydawać z siebie żadnego odgłosu. Nawet cichego skomlenia.
- Czemu nie akceptujesz daru jaki Pan przelał na apostołów, aby w jego imieniu dopełniali dzieła Boga wśród ludzi? Czemu odrzucasz tą łaskę, która spłynęła również na ciebie? – kleryk wykonał w powietrzu nieznaczny ruch ręką. Kij przestał spadać na gołe plecy na których nie uchował się nawet kawałek nie pociętej – nie pękniętej skóry. – Pan cię wybrał. Spośród wielu wiernych namaścił ciebie abyś przystał do Apostolatury. Musisz tylko tego chcieć, musisz uwierzyć. Zobaczyć. – nieznaczne kiwnięcie małym palcem lewej ręki duchownego sprawiło, że kij z łoskotem spadł na odsłoniętą głowę sprawiając, że resztki świadomości odpłynęły od katowanego. – Teraz śpij. Odpoczywaj. Słuchaj Boga. Szukaj w sobie jego słów. Jutro wrócę i będziemy kontynuować naukę. Jesteś wyjątkowy Noah. Jesteś jednym z nas. Namaszczony. Nie martw się, w swej nieokreślonej dobroci Bóg wyznaczył ci drogę do zbawienia. Zarówno tego ciała leżącego teraz u moich stóp jak i twojej duszy. Razem tego dokonamy. - kleryk poprawił pas, który przesunął mu się odrobinę pod wpływem ciężaru różańca. Przez chwilę popatrzył na nawracanego i z prawdziwy natchnieniem podniósł oczy na symbol korony cierniowej. Tutaj, w tej małej celi, choć woda skraplała się na ścianach a w powietrzu panowała okropna wilgoć, symbol wiary wyrzeźbiony z jasnego drewna lipy był w idealnym stanie. Wyglądał tak, jakby wykonano go wczoraj rano. Duchowny był pewien, że gdyby podszedł bliżej i powąchał koronę, wyczułby woń żywicy.
- Ale teraz śpij.
Przeżegnawszy się starannie i odmawiając w myślach modlitwę do Jedenastu Pierwszych zakonnik podszedł do wiszącego w powietrzu kija starannie stawiając stopy aby nie nadepnąć na leżącego u jego stóp człowieka. Z góry spojrzał na swojego nowego ucznia. Był młody. Za młody, pomyślał przez chwilę duchowny. Noah przywieźli przed trzema miesiącami. Obiecujący chłopak. Miał zadatki. Zakonnik był pewien, że jeszcze dwa, trzy tygodnie i jego uczeń otworzy oczy. Spojrzy wtedy na świat nie jako zwykły człowiek, ale jako sługa boży.
Jako Członek Apostolatury.
Kolejnym gestem, prostszym niż parę chwil wcześniej posłał kij pod ścianę i tam przy pomocy zaklęcia
pozostawił.
- Śpij dobrze Noah.
Obrócił się cicho i wyszedł z celi. Nie zaryglował drzwi – nie musiał. Tylko on mógł je otworzyć. Sygnet na jego serdecznym palcu dawał mu dostęp do wszystkich cel na tym poziomie. Bez niego nikt nie miał co myśleć o otwarciu czy wejściu do którejkolwiek z nich. Rzuciwszy ostatni raz okiem na korytarz zakonnik ruszył pośpiesznie w stronę zarośniętych grzybem kamiennych schodów. Pomyślał, że może zdąży na nocną modlitwę do centralnej kaplicy. Chciał jeszcze przed snem poprosić Boga, Pana oraz Jedenastu o wsparcie i inspirację.
Kiedy wyszedł z budynku nawróceń na mały placyk między budynkami spojrzał na wieżę opactwa. Nie wiedział, że było tak późno. Zegar pokazywał, że minęło już dwadzieścia minut po północy. Zrezygnował więc z modlitwy w kaplicy, stwierdził, że pomodli się w swoim pokoju. W końcu o czwartej musiał być na nogach aby nauczać dalej Noah. Uśmiechnął się do siebie dziękując Bogu, że uczynił z niego swoje narzędzie. Przyśpieszył krok nie mogąc jednocześnie doczekać się rana.
Õ
W celi Noah śnił. O matce, ojcu, braciach. O swoim domu. Mazurskich jeziorach w których pływał jeszcze nie tak dawno. Niebieskim niebie pod którym się wylegiwał myśląc o psotach, żartach, zabawie. Śnił o kocie którego dostał na siódme urodziny. Ile lat temu to było? Dwa? Trzy? O tym jak się bawili w ogrodzie jego babki. Pierwszy raz od trzech miesięcy Noah uśmiechnął się przez sen. Pierwszy raz naprawdę poczuł, że sen niesie ze sobą odpoczynek a nie tylko przerwę pomiędzy lekcjami wiary. We śnie widział jak jego kot goni zajączka rzucanego na trawę przez kawałek szkła, które Noah trzymał w rękach. Jak skacze z jednego miejsca na drugie próbując przygnieść odblask do ziemi. Pamiętał, że był to jedyny sposób, żeby rozruszać jego leniwego do granic możliwości kocura. Obserwował jak jego kot bawi się w ogrodzie, jak… zaczyna skręcać się w bólu i miauczeć jakby go żywcem ze skóry obdzierali, jednocześnie wymiotując krwawymi ochłapami swoich trzewi. Patrzył jak łapiące kota spazmy bólu sprawiają nienormalne wykręcanie ciała zwierzęcia. Oczami, które nie mogły się zamknąć przyglądał się jak wysuniętymi pazurkami kot rozdziera własne futro, zupełnie jak człowiek próbujący zrzucić z siebie palące się ubranie. Patrzył na agonię swego przyjaciela.
Dwa dni później przyjechał po niego Szperacz.
Noah zaczął płakać przez sen.
Õ
Zębowo nie przywitało mnie tak jak nakazywała staropolska tradycja. Nikt nie wyszedł przed wieś z ukrojoną pajdą chleba, nikt nie niósł kieliszka wódki. Nie było księdza ani wójta. Żaden chłop nie pofatygował się nawet na ocenienie, czy powinien lepiej pilnować przede mną swojej córki.
Albo żony.
Jedyną istotą która wykazała jakiekolwiek zainteresowanie była stara krowa stojąca pod drzewem i z uporem godnym lepszej sprawy żująca znalezioną gdzieś pod śniegiem kępkę trawy. Poza nią nikt nie zwrócił uwagi na to, że do wioski wszedł ktoś obcy.
Pewnie było na to za zimno, pomyślałem z przekąsem klnąc w duchu tak, że spowiednik pewnie by mi rózgi w ramach pokuty wyznaczył.
Wieś nie była duża, ot, pięć krytych strzechą chałup stojących wzdłuż ubitej piaszczystej drogi – wszystko to przykryte było teraz warstwą śniegu i lodu. Jak spostrzegłem po chwili, to czym Zębowo różniło się od mijanych wcześniej wsi, których nazw nie potrafiłem czy wręcz nie chciałem spamiętywać, był niewielki kościółek ze stojącą obok dzwonnicą.
Pieprzone lenie – prawie się zabiłem stawiając stopę na zamarzniętej kałuży. Widać było, że mieszkańcom nie śpieszy się do usunięcia białego puchu. Pod płotami formowały się fałdy śniegu dobitnie świadczące o lenistwie gospodarzy. Utrudniało to poruszanie się do tego stopnia, że każdy krok był wysiłkiem. Po prostu uwielbiam stawiać każdy krok przy napiętych mięśniach. Parę minut, kilka metrów i człowiek mięśnie nóg ze zmęczenia nie czuje.
Na ganku jednego domu, na drewnianym krześle, drzemał sobie spokojnie odziany tylko w drelichowe spodnie staruszek. Nie zauważyłem go od razu. Dopiero po chwili spostrzegłem jak jego oddech tworzył w powietrzu małe obłoczki pary.
Z nosa wisiał mu gigantyczny, zamarznięty aż do brody smark.
Zdjąłem rękawiczkę i włożyłem dłoń do kieszeni kurtki. Poszukałem sekundę i niemalże wpadłem w panikę nie znajdując tego co leżeć tam powinno. Nie, jest jednak. Zaraza się mi zsunęła niżej. Wziąłem kółeczko i zacisnąłem w zmarzniętej ręce. Poczułem lekkie wibracje. Przełożyłem je do nerkówki. Lepiej dla mnie, żebym go nie zgubił. Jaja by mi urwali.
Ale zimno!
Stary jednak nic nie robił sobie z panującej wokół temperatury. Można było wręcz odnieść wrażenie, że ta mu odpowiada. Aż ciarki po mnie przeszły, kiedy wyobraziłem sobie siebie siedzącego na tym ganku. Zatrzymawszy się przed bramą obróciłem się na chwilę chcąc sprawdzić ile przeszedłem. Ściana lasu z którego wyszedłem przed godziną była dużo bliżej niż się spodziewałem, biorąc pod uwagę czas jaki straciłem na pokonanie tej odległości. Splunąłem na zaśnieżoną drogę poczym wewnętrzną stroną grubej, wełnianej rękawicy przetarłem usta. Nie chciałem żeby przez zimno popękały mi wargi. Gwizdnąłem licząc, że staruch się obudzi. Nic z tego. Jakby w odpowiedzi na moją taktowną próbę zwrócenia na siebie uwagi usłyszałem donośne chrapnięcie. Pięknie. Po prostu pięknie.
Podszedłem do drewnianego płotu, które swoje najlepsze lata miał już dawno za sobą i poszukałem wzrokiem budy. Nie minęło nawet trzydzieści sekund a sprowokowany rzuconym przeze mnie kamieniem pies szalał po zaśnieżonym podwórzu robiąc więcej rabanu niż regiment jazdy niemieckiej. Ujadanie kundla oraz odgłos łańcucha walącego w ścianę chaty obudził w końcu dziada. Przybrałem możliwie najbardziej niewinny wyraz twarzy na jaki mogłem się zdobyć wykorzystując zmarzniętą mimikę.
- Pozdrowiony Pan i ty gospodarzu.
Staruch podrapał się po cherlawej klatce piersiowej pozostawiając na niej czerwone ślady podrażnionej skóry. Wstał z krzesła i powolutku, nic nie mówiąc, podszedł do gangu. Każdy jego ruch wywoływał u mnie dreszcze. Przecież tu jest pewnie z dziesięć stopni na minusie! A on nawet butów nie ma. Gospodarz spojrzał na mnie z góry. Wszystko to działo się jakby powoli, w zwolnionym tempie.
- Pozdrowiony. Pozdrowiony. – miał spokojny, dosyć głęboki głos. I ten akcent… niemiecki. Nie, chyba austriacki. – A zamkniesz się ty kurwiu poskręcany! – zamarłem.
Pies, czując, że ostanie zdanie rzucone było w niego, skulił ogon i obrażony pomaszerował w stronę swojej budy. Na odchodnym obrzucił mnie jeszcze pełnym wrogości i upokorzenia spojrzeniem, dając mi jasno do zrozumienia, że on na mnie poczeka. Pozbędzie się jakoś łańcucha i poczeka. – Wejdź pan, będzie tak stać pod bramą? Przecie zimno, że dupę ściska a świszczy wicherek jak ta lala. – na potwierdzenie tych słów podmuch lodowatego powietrza zmiótł z dachu szczapę śniegu, która walnęła w dach budy, płosząc i tak już skołowanego psa. Tak, u niego to mam ostatecznie przesrane. – Wchodź pan.
Nie czekając na moją odpowiedź staruszek obrócił się i wmaszerował do chaty.
Õ
Uliczny gwar leniwie wlewał się do kawiarni Elegant przy ulicy Nowy Świat. Odgłos rozmów przechodniów, pokrzykiwania dorożkarzy czy chociażby zachęty ulicznych handlarzy, reklamujących swe najprzeróżniejsze towary raz za razem wpadały do wnętrza bogato strojonego lokalu. Nie przeszkadzało to jednak nikomu. Ludzie nawykli do odgłosów miasta. Po wojnie i postawieniu granicy w końcu zbliżał się nowy wiek. Wiek rozwoju. Wiek kultury.
Wiek Miast.
Kelnerka, która właśnie wypraszała małego chłopca sprzedającego róże, miała dzisiaj pełne ręce roboty. Była niedziela, dzień w którym Eleganta odwiedzała rzesza ludzi spragnionych rozmowy, sporów i rzecz jasna plotek, którymi żyła w tych dniach Warszawa.
Kawiarnia była miejscem spotkań warszawskiej inteligencji – ludzi, którzy swoim wykształceniem przewyższali znacznie przeciętnego człowieka, ogładą arystokratę a samouwielbieniem samego Cara Rosji. Wszyscy oni, przekonani, że cały świat leży u ich stóp, dokładali do gwaru ulicznego swój własny element hałasu. Ze strony kawiarni ku ulicy zmierzały spontaniczne wybuchy śmiechu, podniesione w dyskusji głosy, a nawet zagłuszane, acz mimo to słyszalne szepty.
Kawiarnia była pełna, gdy u wejścia stanęła dwójka mężczyzn. Ubrani byli, jak przystało na panującą modę w trzy częściowe, brązowe garnitury z wysoko osadzonymi guzikami, wypastowane do połysku buty, o obitej dodatkową skórą pięcie oraz wysokie cylindry nasunięte nieco na lewą stronę głowy. Płaszcze, niezbędne o tej porze roku, mieli zwinięte i zarzucone na plecy. Jak na grudzień w Warszawie było wyjątkowo ciepło. Gdy tylko przekroczyli próg Eleganta, jak przystało dżentelmenom zdjęli cylindry i lekkim skinieniem głowy pozdrowili pozostałych gości.
- Dzień dobry panom. – kelnerka dygnęła przed nimi z przemiłym uśmiechem na ustach. – Bardzo mi przykro ale mamy komplet, jeżeli panowie sobie życzą mogę zarezerwować stolik na popołudnie, powinno być wtedy trochę luźniej. – wszystko to wypowiedziała niemalże na jednym wydechu. Była to często powtarzana, niedzielna formułka. Z uśmiechem zachęty zerknęła wyczekująco na dwóch nowych klientów. Ci powiedli spojrzeniem po sali.
- Droga pani, ani mnie, ani mojego towarzysza nie będzie już tutaj w południe, nasz zeppelin odlatuje za niespełna dwie godziny. Chcielibyśmy ten czas spędzić tutaj, gdyż słyszeliśmy wiele dobrego o tym przybytku. Wielką stratą byłoby dla nas, jeżeli nie mielibyśmy możliwości sprawdzić, ile z tych komplementów jest prawdziwych. – mówiąc to uśmiechnął się, ukazując malutkie, białe zęby. – Czy byłaby pani tak miła i raz jeszcze rozejrzała się po sali, czy nikt nie chciałby zwolnić niedługo stolika. Razem z przyjacielem poczekamy tutaj. – jakby na potwierdzenie tych słów jego przyjaciel zbliżył się do wieszaka i powiesił na nim swój płaszcz. – Będziemy bardzo zobowiązani.
Kelnerka, która żeby oddać hołd prawdzie była kobietą dobroduszną kiwnęła tylko głową i zniknęła wewnątrz kawiarni. Przeszła kolejno przez obie sale, zapytała kilka osób, czy coś jeszcze sobie życzą. Jak na ironię, wszystkie złożyły nowe zamówienia. Sprawdziła piętro, na którym można znaleźć było czasami wolne miejsce… nie dzisiaj jednak. Kiedy wróciła, aby poinformować o wynikach poszukiwań mężczyzn już nie było.
- Tu jesteśmy. – człowiek o malutkich, białych jak u dziecka zębach uśmiechał się serdecznie zza stolika w samym środku lokalu. – Da pani wiarę, że jak tylko zniknęła pani na piętrze urocza para ustąpiła nam miejsca? Jednak się nam udało. – roześmiał się. Spojrzał na kelnerkę i nie zobaczywszy w jej rękach menu zerknął w bok. Tam znalazł to czego szukał.
- Przepraszam bardzo panią. Byłaby pani tak uprzejma i udostępniła nam kartę dań? – poproszona kobieta siedząca stolik obok podała mu kartę i obdarzyła dżentelmena olśniewającym uśmiechem. – Piękna suknia. Niebieski bardzo pani pasuje. Zwłaszcza ten ciemny odcień błękitu. Jeżeli będzie pani kiedyś w dystrykcie krakowskim proszę zajrzeć do Maacka pod Barbakanami. Idealne materiały. Raz jeszcze dziękuję. – to powiedziawszy obrócił się do swojego stolika trzymając menu przed sobą. Studiował je chwilkę, dziwiąc się kolejno zarówno nazwom deserów, jak i (co nie uszło uwadze pozostałych gości) niskim cenom rarytasów, poczym złożył zamówienie. W jego skład weszła herbata (obowiązkowo z mlekiem, na modę angielską), kawałek keksu, szarlotka, placek z wiśniami i śliwkami, dwie gruszki zapiekane w czekoladzie („To właśnie polecali nam przyjaciele”), mały serniczek, kremówkę, sokoła, bajaderkę („Cóż za zabawna nazwa, nie sądzi pani?”) oraz kawę. Tę ostatnią poprosił bez cukru, gdyż jak twierdził, skrajne przeciwieństwa smakowe nadają prawdziwej rozkoszy każdemu posiłkowi. To samo zamówił dla swojego milczącego przyjaciela.
Basia (tak nazywała się kelnerka) oddaliła się aby zrealizować jedno z najbardziej rozbudowanych zamówień w swoim życiu. Obaj mężczyźni odprowadzili ją spojrzeniem, w którym mieszało się pożądanie i głód.
- Ara uhj namat. – bardziej rozmowny z dwójki, ten który złożył zamówienie wyszeptał formułkę izolującego zaklęcia. O ile samo zaklęcie dotarło do uszu siedzących w sąsiedztwie ich stolika ludzi, jego działanie sprawiło, że słowa dotyczyły wczorajszej gonitwy na torach konnych. Albo czegoś związanego z modą. – Ile mamy czasu? Jesteśmy chyba troszkę za wcześnie? – ten z drobnymi zębami rozejrzał się w poszukiwaniu zegara. Pomimo, że Elegant był kawiarnią w której dbano o wyposażenie, sprowadzając zarówno stylowe meble jak i nowe urządzenia gastronomiczne na zaplecze, na żadnej ścianie nie zobaczył zegara. – Masz wszystko ze sobą Mikołaju?
Do tej pory nie odzywający się dżentelmen pokiwał głową dla potwierdzenia. I on rozglądał się po sali. Przyglądał się gościom.
- Jak sądzisz, przyjmie zlecenie?
- Tak. Przyjmie. Mogę się nawet z tobą o to założyć. – Mikołaj mówił pewnie. Stanowczo. – Widzisz, tacy jak on, z doświadczeniem, kolejne zlecenia dobierają wedle skali wyzwań. A nasze stawia mu poprzeczkę, sam musisz przyznać, bardzo wysoko. Nie może go nie przyjąć. Reputacja mu nie pozwoli. On chce sławy a my mu ją możemy zapewnić… – ktoś przechodząc obok potrącił krzesło na którym siedział Mikołaj, stracił równowagę i przewrócił się jak długi. Kolanem wyrżnął w schodek znajdujący się kawałek dalej. Nikt na sali tego nie zauważył. Wszyscy kontynuowali swoje rozmowy jak gdyby nigdy nic. Pechowy jegomość, z nieobecnym spojrzeniem, wstał i nie oglądając się za siebie poszedł dalej kulejąc na lewą nogę. Dopiero po paru metrach z zaskoczoną miną załapał się za kolano i syknął z bólu. Mocne zaklęcie, pełna izolacja, ten nieszczęśnik nawet nie wie, że się potknął. Jest dobry, pomyślał Mikołaj o siedzącym przed sobą zaklinaczu, cholernie dobry. Przyda się.
- A co jak nie przyjmie?
- Przyjmie. – obaj, Mikołaj i człowiek o drobnych zębach, spojrzeli na stoli obok. Siedząca tam ubrana w niebieską suknię kobieta przyglądał się im z rozbawieniem. – Dobre zaklęcie, panie Miazga. Naprawdę dobre. Winszuję. Gdyby nie to, że spodziewałam się takiego posunięcia, pewnie też bym się dała odizolować.
- Dziękuję. – rzucił zbity z tropu zaklinacz czując, że się czerwieni.
- A pan, panie Tarkowski, ma całkowitą rację. Nie ma niczego czego nie pragnę bardziej od sławy. A to co panowie chcą mi zaproponować sprawi, że znajdę się na kartach historii. – wstała i z pełną gracją osoby dobrze wychowanej przeszła do ich stolika. – Ale do rzeczy. Mój agent powiedział panom co macie mieć przygotowane. Poproszę to bardzo. – transakcja się rozpoczęła. Trybiki ruszyły.
Gdy kilka minut później kelnerka na wielkiej tacy przyniosła zamówione desery, z zaskoczeniem spostrzegła, że miejsca zajęte chwilę temu przez dwóch uroczych dżentelmenów są teraz puste. Na blacie stolika złożone równo leżały pieniądze. Basia podniosła je i przeliczyła. Dokładna kwota jaką należało uiścić za zamówienie nie stanowiła nawet jednej trzeciej pozostawionych pieniędzy. Nie zastanawiając się długo kelnerka schowała „napiwek” za dekolt.
A sokoła zjadła.
Õ
- Cieszę się, że pan jednak wszedł. Jak mawia ksiądz na ambonie: kto nie wpuści do domu głodnego, nie wart sam do domu Boga wpuszczenia. Ja od siebie dodaje, że kto nie wpuści głodnego, ten kawał skurwysyna. Herbaty, panie? Mam też kawę. – staruszek krzątał się po małej kuchni z niebywałą zręcznością jak na człowieka w tak podeszłym wieku.
- Nazywam się Coin gospodarzu. Żaden ze mnie pan ni waćpan, po prostu Coin. – stałem przy wejściu rozglądając się z zaciekawieniem i rozwiązywałem szalik. Po chwili niedbale rzuciłem go obok płaszcza, dwóch ciężkich swetrów oraz wełnianej czapki, która stanowiła komplet z moimi rękawiczkami.
Torba stała oparta o ścianę tuż obok. Strzelbę delikatnie ułożyłem przy wejściu wcześniej. Niech widzi stary, że mu nie zagraża.
Upewniwszy się, że na butach nie ma śniegu powoli ruszyłem w stronę kominka w którym płonęło parę grubych szczap drewna. Pomieszczenie, właściwie jedyny pokój chaty było słabo umeblowane. Stół, dwa krzesła, łóżko. Skromnie. Ale przyjemnie. Mógłbym tak mieszkać.
Za oknem odezwała się dzwonnica kościółka. Cztery uderzenia. Ładnie brzmi. Serce dzwonu pewnie jest nowe. Przysłuchałem się dźwiękom. Równe, nie wibrujące ponad wygrywaną tonację. Cholera jasna, naprawdę porządny dzwon. W Warszawie rzadko kiedy taki słychać.
- To Zębowo, prawda?
Z kuchni dobiegł do mnie odgłos mogący robić za potwierdzenie. Albo charknięcie. Ogień wesoło trzaskał w kominku. Ciepło rozchodzące się od niego cierpliwie wyganiało chłód, który w trakcie ostatniego tygodnia zadomowił się w moich kościach. Z ogromną przyjemnością patrzyłem jak płomień liże drwa, przebiega i zwęgla szczapy drewna. Kocham ogień. Jest w nim coś radosnego. Życie, ciepło domowego ogniska i furia rozszalałego żywiołu – a ja na to wszystko patrzę stojąc sobie spokojnie w pokoju.
- Szedłem tutaj z dziesięć dni. O ile się nie mylę mamy sobotę dwunastego?
- Niedzielę. Ale co do daty to trafiłeś. Dwunastego.
Spojrzałem raz jeszcze na ogień.
- Daleko stąd do Szczawnicy? Mówiono mi, że z Zębowa to góra dzień, dwa drogi.
- Normalnie to może i dzień, ale przy takiej pogodzie to na środę powinieneś dojść. Bo skoro o nią pytasz to tam zmierzasz, prawda? – z jaką łatwością staruszek przeszedł do mnie na ty. Niby mu powiedziałem, że żaden ze mnie pan ni waćpan, ale zazwyczaj parę razy pada jeszcze oficjalny zwrot. A tutaj?
- Tak. Właśnie tam. Do brata.
Stary wniósł do pokoju tacę z której buchała para. Chyba zauważyłem kluski.
- Herbata albo kawa, jak tam chcesz i jak lubisz to już sam se zrobisz. Jakbyś był głodny to tu masz klusków trochę z potrawką. Wczorajsze, ale robiła je Maryś więc warto spróbować. Baba dobrze gotuje. – sam rozsiadł się wygodnie na czymś co sam oceniłem jako najmniej wygodne krzesło świata. Jemu raczej pasowało. – Do brata idziesz? Mam rodzinę w Szczawnicy. Mój syn tam wywędrował za żoną. Zamiast tutaj ją ściągnąć, osiąść na ziemi ojca to chujek polazł tam poczekać, aż mi się zemrze. Wtedy wróci tutaj, chałupę sprzeda, ziemie też i wróci tą swoją sukę chędożyć. Młodzi dzisiaj to w dupie mają opiekę nad starszymi. Mądrości naszych znać nie chcą. Pluć na nich wszystkich. – podkreślił swój wywód siarczystym splunięciem w ogień. Celnie. Prosto w płomień. Z drugiego końca pokoju. – Jak się brat zwie? Może go znam to poproszę o przekazanie pozdrowień.
Spiąłem się odrobinę. Nie lubię jak mnie wypytują.
- Tomasz. Tomasz Matjaszek. – skłamałem lekko dodając sobie łyżeczkę cukru do herbaty. Ho ho, bogaty gospodarz. Dobry cukier, kupny. – Nie widziałem go od siedmiu lat. Jak się dowiedziałem, że w Szczawnicy mieszka to postanowiłem go nawiedzić. Pogadać i może przeprosić. – ładna historia. Wymyślili mi ją właśnie na pożytek ciekawskich ludzi. Mało kto zapyta o coś jeszcze, nie chcąc być nachalnym. Zwada między braćmi, jeden drugiego szuka aby przeprosić. Koniec i basta. Temat skończony. – Idę więc z Warszawy. Jak do tej pory tylko tyś mnie gospodarzy wpuścił do domu. Tak to w stodołach albo w szałasach myśliwskich spałem. – kolejne kłamstwo. Łatwo mi dzisiaj przychodzą. Kłamstwo to grzech. Dobrze, że zawczasu dostałem rozgrzeszenie. Ograniczone co prawda, ale no to co tutaj wygaduje starczy.
Zresztą nie tylko na kłamstwa dostałem rozgrzeszenie.
- Z Warszawy? No proszę, proszę. Toś mi się trafił. Ja z Warszawy pochodzę. Tam się urodziłem. Dokładnie 14 kwietnia 1821 roku. – spojrzałem na starca. Jeżeli to co mówił było prawdą miał prawie siedemdziesiąt sześć lat. Wyglądał na więcej. – Piękne miasto.
Zamyślił się chwilę patrząc na kominek. Siedziałem cicho nie wiedząc co robić. Zmotywowało mnie to do spróbowania potrawki. Gęsta, czuć było zioła. Dobrze doprawiona. Mięso smaczne, nawet soczyste chociaż miękkie. Byłem zaskoczony czując przyjemność jaką sprawiło mi spałaszowanie niecałego talerza. Nie kłamał dziad, kimkolwiek była Maryś, wiedziała jak gotować.
- Opowiesz mi co słychać w mieście. Zapomniałem co to znaczy żyć jak człowiek cywilizowany. Tutaj myślisz tylko o roli, sadzie i pracy. Gówno cię obchodzi kto tobą rządzi bo równo po dupie od każdego dostaniesz. – przerwał milczenie dziad. Oderwał oczy od ognia i spojrzał wyczekująco na mnie. Coś było w tych oczach. Starych ale uważnych, jakby czekających i zapamiętujących to, jak rozmówca się zachowa, co powie, gdzie sam spojrzy. Dopiero teraz zorientowałem się, że on nie prosił – on mi wydał polecenie. Przez chwilę poczułem, że stary rozgryzł moje kłamstwo odnośnie Szczawnicy. Że przejrzał moją historię. Jeżeli tak było, to bez dwóch zdań byłem w głębokiej dupie. Trzeba grać na zwłokę. Kółko w mojej nerkówce wibrowało trochę mocniej. Muszę jeszcze chwilę odczekać. Nie mając wyjścia rozsiadłem się wygodniej i modląc się w duchu o szczęście do Siódmego z Jedenastu Pierwszych zapytałem.
- Od czego zacząć? A może powinienem zapytać: od kiedy?
Stary uśmiechnął się.
- Mów, mów. A ja ci zwyczajnie przerwę jak mnie nudzić będziesz.
Jak chcesz dziadku. Skoro tak widzisz tą rozmowę, to proszę bardzo. Zacząłem opowiadać.
O tym jak to Warszawa broniła się podczas podjazdu carskiego, gdy to Ateistyczna Ruś próbowała Polskę przejąć. Jak doborowa konnica dowodzona przez Łukjanienke potopiła się w Wiśle cofając się ze Śródmieście wiosną 1890. Lód jak to bywa zazwyczaj sprawiał wrażenie mocnego. Ale dwieście koni pędzących na złamanie karku poganianych wrzaskami wyżynanych potrafi to wrażenie rozwiać. Opowiedziałem mu też o traktacie podpisanym na środku Wisły, który miał przypomnieć Rusi o Napoleonie i carze Aleksandrze I. W myśl traktatu Cesarstwo Ateistycznej Rusi nigdy już nie miało wypowiadać wojny Królestwu Polskiemu w imieniu szerzenia myśli ateistycznej. Od siebie dorzuciłem, że ponoć pięknie się nasz Regent z carem Mikołajem IV schlali na tej tratwie. Religia religią ale co ruska wódka z naszymi grzybkami w occie to sprawa inna…
Dziad dał mi do zrozumienia, że zna historię. Nie jakoś nachalnie, okazując znudzenie czy zniecierpliwienie. Jakoś z jego postawy wyczytałem, że słyszał i wie o czym mówię.
Przeskoczyłem wtedy na to, jak się nam Warszawa rozbudowuję. Opowiedziałem o dworcach zeppelinów. Jak to dziennie osiem wielkich maszyn napełnianych wodorem, z dumą Federacji Niemieckiej – Hindenburgiem na czele, kursuje między innymi europejskimi portami docelowymi. O teatrze imienia Adama Mickiewicza z pierwszą w europie ruchomą sceną napędzaną parą. Byłem przy tym jak tą maszynę do miasta wwozili. Wielki święto. Nawet sam Papież zaszczycił swoją obecnością paradę przewożącą maszynę parową Krakowskim Przedmieściem do budynku teatru. A ile radości było kiedy w trakcie przedstawiania Fausta z Edwardem Reszke kocioł obrotowy nie wytrzymał ciśnienia i pół sceny rozpieprzył. Cudem chyba tylko aktorzy wyszli z tego bez zadrapania. Tylko Reszke zesrał się ze strachu na scenie. Sądzę, że nie on jeden.
Wspomniałem o tym jak warszawiacy śmieli się na stawianie ambasad. Jak to kolejno Cesarstwo Ateistycznej Rusi, Federacja Niemiecka, Republika Czeszko – Włoska czy nawet Królestwo Tureckie stawiały, a następnie modernizowały swoje siedziby zależnie od tego co inni wybudowali i jak ubogo wypadał przy tym Belweder w którym zamieszkiwał sam Regent. Nawet ci odrzucający kulturę i religie Europy barbarzyńcy z wyspy brytyjskiej – Celtowie, przysłali swojego przedstawiciela do Warszawy. Z tego co pamiętam początkowo zamieszkał w Parku Ujazdowskim.
Barbarzyńca. Mógł wybrać Park Skaryszewskich.
- Walczyłem z Celtami. – staruch wszedł mi w słowo jednocześnie próbując paznokciem wydrapać drzazgę ze stołu. – Podczas II Krucjaty na wyspy. Mocni są. Głupi i prymitywni a przez to mocni. Zmieniają się ich ciała, berserkami się zwą. Nasi naukowcy już wtedy mówili, że to fluidy jakieś. Hormony czy humory… w szał taki wpadnie, rękę straci, nogę a nawet nie zauważy. Wykrwawi się pod twoimi nogami za nic mając bebechy na zewnątrz i jeszcze cię ugryźć próbować będzie. Nie daj Boże, żeby przyszło im do głowy na ląd schodzić. Krwi za dużo by się polało. Za dużo. Eh, ja ci powiem, ostawić ich na tej wyspie, w bogów ichnich im pozwolić wierzyć. Niech żyją w ciemnocie i na potępienie się skarzą, byle by nas nie kiereszowali. Bo nim by przegrali, a przegraliby na pewno, sporo by nam krwi spuścili.
- Długo tam byłeś?
- Rok. Nie cały, miesiąca zabrakło. Ale z pierwszego pułku tylko siedmiu nas zostało.
- Ciężko było?
- Bardzo. – palec znieruchomiał na stole. Nie wiem czy wyjął tą drzazgę czy po prostu przeniósł się myślami na wyspy. – Bardzo. – zamilkł. Siedzieliśmy tak w ciszy przez chwilę. Na zewnątrz znowu rozpadał się śnieg. – Dlatego zdziwiło mnie jak powiedziałeś, że delegata do Warszawy przysłali. Zmiany idą.
- Nowy wiek.
- Nowy wiek. – powtórzył po mnie. Nie mówiąc nie więcej wstał i polazł do kuchni. Miałem chwilę. Szybko rozpiąłem nerkówkę i wyjąłem kółeczko z kamienia. Wibrowało już na tyle mocno, że drgania widoczne były na mojej dłoni. Robiło się też powoli ciepłe. No w końcu! Założyłem nogę na nogę i wepchnąłem amulet pod kolano. Nagrzeje go troszkę, może szybciej będzie gotowy. Z kuchni doszedł do mnie odgłos szkła. Kieliszki? No, to nareszcie zaczyna jak trzeba! Gospodarz przyczłapał do pokoju w jednej ręce trzymając dwa kieliszki, chyba pięćdziesiątki, a w drugiej w połowie pełną butelkę. Proszę, proszę, jaki się ze mnie optymista zrobił. W połowie pełną.
- Powiedz mnie jeszcze tylko jak tam Apostolatura? – pytanie rzucił jakby mimochodem, w stylu: no a co u dzieci? Próbuje mnie wybadać? Wpuścił mnie do domu bez niczego, nakarmił, zaraz napoi a nadal nie ufa. W sumie ma stary rację. Polał.
- Po staremu. – sarkastyczny uśmiech pozwolił mi zrozumieć, że to żadna odpowiedź. Wychyliłem napełniony kieliszek. – Siedziba Papieża nadal się w Wilanowie znajduje…
- A nie w Watykanie? – z iskrą przekory w oczach staruszek przerwał mi po raz kolejny. No to chyba zaczynam tu wszystko rozumieć. Amulet robił się ciepły.
- Ja mówię o prawdziwym Papieżu przez Chrystusa wyznaczonym. Nie o samozwańcu wybieranym przez ludzi. Przez to… Konklawe. Mówi przecież Łazarz, nasz jaśnie oświecony Papież, że chrześcijanie wypaczyli prawdziwą wiarę.
- Wypaczyli, powiadasz? A czymże wypaczyli jeżeli wolno spytać? Gdzie chrześcijanie zakłamują wiarę. Bo przecież o zakłamaniu mówimy? Zakłamaniem nazywamy wypaczenie.
- Chrystus nie umarł na krzyżu. Nie poddał się. Nie krzyczał do Boga Ojca: Eloi, Eloi, lema sabachthani. Nigdy nie zwątpił… – skąd we mnie ta zażartość?
Dosyć.
Niby od niechcenia podrapałem się w nogę jednocześnie biorąc amulet do ręki. Stary patrzył za okno, na padający śnieg, prawdopodobnie szykował się powoli do nalania kolejnej kolejki i kontynuowania obiecującej dysputy teologicznej w którą nasza rozmowa mogłaby się przekształcić. Zrobiło się mi nawet przykro, że go rozczaruję.
- Wojciechu Słomka, w imieniu Apostolatury Warszawskiej, powołanej przez jaśnie oświeconego apostoła Jana zostałeś uznany winnym za…
Szybki jest. Jeszcze nim wypowiedziałem nazwę instytucji on już wyrzucił przed siebie lewą dłoń z rozprostowanymi czterema palcami i wskazującym zgiętym do środka, zamknął oczy poczym zaczął recytować formułkę zbierając jednocześnie w sobie siłę mającą najprawdopodobniej wyrzucić mnie przez ścianę. Przez chwilę zastanawiałem się czy jeżeli mu się to uda nie wpieprzę się prosto w psią budę. Byłoby w tym trochę boskiej sprawiedliwości.
- … adane im erjed. – zakończył zaklęcie. Tego się nie spodziewałem. Zaklęcie wyparowania. Pięknie. Zostałby po mnie worek skóry, kości i narządów z wysuszonymi tkankami. Odparowałby mnie skurwysyn! I to wszystko nim wypowiedziałem za co winnym i na co skazanym. Teraz się okaże czy dokończę recytowanie aktu oskarżenia… Staruch, inaczej już nie mogłem o nim myśleć, otworzył oczy. Formułowanie zaklęć bitewnych jest o tyle nie wygodne, że cel można wskazać dopiero po pełnej recytacji. Niesie to ze sobą pewne ryzyko. Przez całkowity przypadek można taką dla przykładu falę energii elektrycznej, zwanej powszechnie przez ludzi władających zaklęciami błyskiem, przysmażyć dupę kompana stojącego obok. Magowie którzy opanowali formułowanie lepiej potrafią mieć zaklęcia przygotowane do rzucenia. Taki tylko zamknie oczy na chwilkę, wypowie słowo klucz i tyle. Szybko i celnie. Pomimo, że mój gospodarz nie należał do orłów nie miał problemu z celowaniem – siedziałem dokładnie naprzeciw. I tylko ja byłem w domu.
Otworzył oczy jednocześnie rozprostowując zgięty palec. Wycelował nim we mnie zupełnie jak małe dziecko pokazujące starszemu bratu kto go uderzył. Tylko, że tym razem z palca błysnęło oślepiająco białe światło.
Õ

