Ziemia obiecana

Paweł Rogaliński

Do niedawna ziemią obiecaną dla Polaków była Wielka Brytania, teraz raj u nas widzą cudzoziemcy zza wschodniej granicy.

Dotychczas Polska była postrzegana głównie jako kraj emigracyjny. Młodzi masowo wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Irlandii, Hiszpanii i Niemczech. Państwa te są nadal drugim domem dla lwiej części młodych Polaków. Stały się ich pracowitymi wakacjami, bądź rzemiosłem na rok, góra dwa lata. Pomimo masowego wyjazdu, w kraju nadal istnieje pokaźne bezrobocie i jednocześnie wiele wolnych miejsc pracy. Dzieje się tak, ponieważ nasi rodacy nie chcą być obsadzani na mało płatnych stanowiskach, wybierają pracę na czarno, lub pobierają w zamian zasiłek dla bezrobotnych.

Tymczasem imigracja utrzymywała się przez wiele lat na stałym, bardzo niskim poziomie. Gdy jednak wolnych miejsc pracy zaczęło przybywać, ubogi Wschód postanowił wykorzystać tą szansę i spróbować szczęścia właśnie w Polsce. W kolejce do legalnego zatrudnienia w naszym kraju najliczniej ustawili się Ukraińcy i Wietnamczycy. W ten sposób mało atrakcyjne dla Polaków wakaty stały się celem pożądania wielu przybyszy. I tu pojawia się dylemat - pozwolić im pracować, czy też nie?

Coraz więcej krajowych firm naciska na władze, by te umożliwiły cudzoziemcom pracę w naszym państwie. Mieliby oni zastąpić braki po tych Polakach, którzy wyjechali na Zachód za chlebem. W wyniku coraz większego ubytku pracowników na rynku, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej prawdopodobnie ugnie się pod żądaniami pracodawców i zliberalizuje przepisy zezwalające cudzoziemcom na pracę w Polsce. Jest to jednak trudny orzech do zgryzienia, nawet dla ekspertów, bowiem argumenty za i przeciw przyjęciu obcokrajowców pod nasz dach są równie silne i tak samo przekonujące.

Z pewnością atutem "obcych" są ich małe wymagania - z chęcią podejmą się takich zawodów, które nie są popularne wśród Polaków ze względu na ich znikomą atrakcyjność. Wypełniliby w ten sposób nisze na rynku pracy, polepszając byt polskich przedsiębiorstw, mogących pracować wówczas pełną parą. Obecne braki kadry w firmach spowalniają je, zmniejszając atrakcyjność ich usług i powodując opóźnienia w wykonywaniu zamówionych zleceń. Pozbycie się problemu braku rąk do pracy przyspieszyłoby rozwój gospodarczy Polski. Nie martwilibyśmy się już o terminy, które są nam narzucane w związku z organizacją Euro 2012. Również rolnictwo w kraju, zyskując tanią siłę roboczą, stałoby się bardziej konkurencyjne na rynkach europejskich.

Każdy kij ma jednak dwa końce - liberalizacja przepisów przeprowadzona zbyt pochopnie i nieprecyzyjnie może nieść ze sobą poważne, negatywne skutki. Imigranci, zamiast podejmować mało opłacalną pracę w rolnictwie, mogą wybrać mniej uciążliwy i bardziej dochodowy handel. Sprzedając tańsze i gorszej jakości towary produkowane w krajach azjatyckich, stanowiliby poważną konkurencję dla naszych małych i średnich firm. Dodatkowo spowodowaliby utrzymanie niskiego poziomu płac, co w połączeniu z ciągłym wzrostem kosztów utrzymania doprowadziłoby do wyjazdu na Zachód kolejnych rzeszy Polaków.

Im Polska będzie bardziej zamożna, tym więcej cudzoziemców będzie do niej lgnąć. Legalnie, czy też nie (przedzierając się przez zieloną granicę), obcokrajowców będziemy napotykać na ulicach coraz częściej. Możemy zadać pytanie - jaką rolę przyjmą "nowi"? Komplementarną, wypełniając wakaty i przyspieszając rozwój rodzimej gospodarki, czy też substytucyjną, wypierając naszych pracowników z ich pierwotnych miejsc pracy? Jakiej roli by nie przyjęli, faktem jest, że szybki wzrost gospodarki wymaga większej liczby fachowców, których obecnie brakuje. Czy będzie to więc lek dla polskich planów na przyszłość, czy niekontrolowany zalew taniej siły roboczej, dowiemy się w ciągu najbliższych kilku lat.

Masowa emigracja, jak i imigracja są zjawiskami nieuniknionymi do czasu wyrównania płac w krajach europejskich. Ale jak długo będzie trwać ich wyrównywanie, tak długo będziemy szukać swojej ziemi obiecanej, uczciwych zarobków oraz godnego i spokojnego życia. W ostatnich wyborach parlamentarnych Polacy w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych i innych krajach masowo głosowali, stojąc w gigantycznych, trzygodzinnych kolejkach. Było to nie tylko przejawem patriotyzmu, ale i wołaniem do nowo wybranej władzy: przywróćcie normalność jak najszybciej, my chcemy do domu.

dodajdo.com