dRamat, czyli krótki dialog na leżąco w 3 aktach z epilogiem

Franciszek Mocek

AKT 1

Na scenie panuje nieprzenikniona ciemność. Nagle rozlega się odgłos drewna uderzającego o podłogę. Po chwili krępującej ciszy nieśmiały głos zadaje pytanie niszczące spokój...
OSOBA PIERWSZA
Jest tu kto?
Z drugiej strony pomieszczenia.
OSOBA DRUGA
Tak. Kim pan jest, jeżeli można spytać?
Tuż po jego lewej stronie.
OSOBA TRZECIA
Szymon PY..
OSOBA PIERWSZA
To jest nas trzech. Cudownie. Nazywam się Piotr EM.. A pan?
OSOBA DRUGA
Michał SZY.. Bardzo mi miło.
EM.
Zaiste, czy orientują się panowie w jak dramatycznej sytuacji się znaleźliśmy?
SZY.
Niestety tak, i biorąc pod uwagę sposób naszego położenia z przykrością stwierdzam, że ucieczka jest niemożliwa.
PY.
Skąd ta pewność?
SZY.
Pracowałem tu kiedyś i z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie wyjdziemy stąd o własnych siłach.
PY.
Chce pan powiedzieć...
SZY.
Tak, wyniosą nas stąd nogami do przodu.
PY.
Ależ to okropne. Jak oni mogli?
SZY.
To tylko ich praca. Proszę ich za to nie winić. W gruncie rzeczy to i tak nieźle skończyliśmy. Mogło być o wiele gorzej. Proszę mi uwierzyć, o wiele.
PY.
O czym mi pan tu opowiada! Gorzej niż to?!? Ja nawet nogami poruszyć nie mogę. O rękach nawet nie wspominając! A pan uważa, że mogło być gorzej. Panie...
SZY.
SZY..
PY.
Panie SZY., czy uważa pan, że zasłużyliśmy na ten los?!
SZY.
Nie wydaje mi się...
EM.
Panie PY., proszę odpuścić panu SZY.. Przecież to nie jego wina, że się tu znaleźliśmy. Prawda? Do tego, atakowany przez pana człowiek znajduje się w takim samym położeniu jak my obaj. Wszyscy jesteśmy ofiarami, dlatego musimy działać razem.
PY.
Ale on kiedyś był jednym z nich!
EM.
Co nie zmienia faktu, że już nie jest. Zgadza się panie SZY..
SZY.
Zgadza.
EM.
Fantastycznie. Teraz, kiedy już wszystko jest wyjaśnione może pomyślimy jak się stąd wydostać.
SZY.
Już mówiłem. Nie wydostaniemy. Jedyny klucz do drzwi będących po pana prawej ma strażnik. Nawet mogąc się ruszać nie dalibyśmy mu rady. Do tego on ma broń.
PY.
Ale musi istnieć jakaś nadzieja!
SZY.
Bardzo mi przykro, ale takowa nie istnieje.
Cisza zapada ponownie.

AKT 2

Gdzieś z boku sceny słychać powolne kroki. Zatrzymują się na chwilę jakby na wysokości trzech rozmówców, poczym podejmują przerwany marsz.
SZY.
To był strażnik. Robi obchód całego przybytku. Wydaje mi się, że dzisiaj mamy wtorek, więc na zmianie jest Miły.
PY.
Dzisiaj jest sobota.
SZY.
Jest pan pewien?
PY.
Absolutnie.
SZY.
W takim razie to był Niemiły.
EM.
Zna pan ich wszystkich?
SZY.
Oczywiście, w końcu sam ich zatrudniałem. Kiedyś byłem kierownikiem kadr w tym przybytku. Sam ustalałem grafiki i przydzielałem dyżury. Znałem każdy zakamarek tego miejsca.
EM.
Jak to się stało, że stracił pan tę posadę?
SZY.
Odszedłem. Nie byłem w stanie tu wytrzymać. Przygnębiało mnie to miejsce. Nie spodziewałem się tu trafić ponownie. I to w dodatku w roli pacjenta.
PY.
Pacjenta?
SZY.
Tak w żargonie przezywaliśmy lokatorów cel.
PY.
Ile ich jest?
SZY.
Dokładnie dwadzieścia. Wszystkie są trzyosobowe. Klimatyzowane...
PY.
I bez światła
SZY.
To musi być jakaś awaria. Normalnie paliła się tu mała lampka pod sufitem.
PY.
Co z nami zrobią?
SZY.
Sądzę, że...
EM.
Nie zaprzątajmy sobie głowy domysłami. Jeszcze doprowadzimy siebie do bezpodstawnej paniki. Nawet pan, panie SZY., nie może być absolutnie pewien naszego losu. W końcu dużo mogło się tu zmienić od pańskiego odejścia, prawda? Porozmawiajmy o nas. Kim pan jest panie PY.?
PY.
Ja?
EM.
Nie inaczej.
PY.
Jestem prawnikiem.
SZY.
Jezu!
EM.
Co się stało?
SZY.
Coś mnie ugryzło w mały palec u nogi!
PY.
Widział pan to coś?
SZY.
Nie.
EM.
To był chyba mały szczur. Ale już uciekł. Proszę kontynuować, panie PY..
PY.
Pracowałem w dużej kancelarii. Typowe nudne życie. Wiecie jak to jest. Rano wstajesz, zjadasz śniadanie uważając żeby nie poplamić koszuli, łapiesz taksówkę do biura. Będąc na miejscu podpisujesz setki dokumentów nie wiedząc nawet czego dotyczą. Lunch jest tak szybki, że nawet nie zdajesz sobie sprawy kiedy przeminął...
SZY.
Nim się orientujesz umierasz.
PY.
Dokładnie, wiele razy słyszałem to określenie z ust znajomych. I wiedzą panowie co? Mają racje. Przecież ja nie pamiętam kiedy ostatnio byłem w kinie? Albo w teatrze? Moje życie w tym całym pędzie zeszło na drugi plan...
EM.
Czy to nie ironiczne? Zaczyna pan pojmować czym ono jest dopiero wtedy, gdy jest zagrożone. To powszechnie znany fakt, wiele razy udowadniany, chociażby przez Moskiewskiego w 1968, że dopóki ludzie nie znajdują się w bezpośrednim zagrożeniu nie potrafią docenić tego co mają.
SZY.
Kim pan jest?
EM.
Racja, nie powiedziałem. Psychologiem. Razem z bratem prowadzę przychodnię w Warszawie.
SZY.
To cóż pan robi w Poznaniu?
EM.
W Poznaniu? Niemożliwe. Jest pan pewien?
SZY.
Milczy
EM.
No tak, przepraszam. Jechałem do rodziny w Zielonej Górze. Pamiętam, że do Poznania było jeszcze dziesięć kilometrów...
PY.
...ostatnio miałem nawet myśli samobójcze...
EM. i SZY.
Co?
PY.
Myśli samobójcze. Miałem dosyć mojego życia. To ciągłe zabieganie, staranie się aby być lepszym od kolegów z pracy. To mnie powoli zbijało. Pomyślałem sobie wtedy: "I tak dążę do śmierci, może ją po prostu przyspieszę."
EM.
Rozmawiał pan z kimś o tej decyzji?
PY.
Z kim? Z kolegami, których największym problemem było czy ich garnitur miał najnowszy krój? Z żoną, która zdradzała mnie na lewo i prawo? Z synem, którego nie rozumiem od kiedy ten skończył dziewięć lat? Nie miałem do kogo się zwrócić.
EM.
Od tego jesteśmy my.
SZY.
To nie takie proste, panie EM..
PY.
Energicznie potakuje głową.
SZY.
Nie każdy potrafi i nie każdy chce rozmawiać o tym co go gryzie. Ludzie są zamknięci w sobie do momentu, gdy cała zakumulowana w nich energia znajduje upust w złości.
EM.
Nie wolno się jej poddawać.
SZY.
Niech mi pan powie, drogi panie EM., a kto z żyjących jest w stanie ją powstrzymać.
EM. milczy.

AKT 3

Pan PY. coś mamrocze.
PY.
...to byśmy dali radę. Mówię wam, tylko tyle musimy zrobić.
EM.
Nie damy rady.
PY.
Dlaczego? Na miłość boską! Pierwszy raz od dziesięciu lat pragnę żyć, a pan niszczy moje plany! Dlaczego nie damy rady?
EM.
Proszę się uspokoić i pomyśleć logicznie. Kiedy odzyskaliśmy przytomność nie byliśmy w stanie się ruszyć. To się nie zmieniło. Do tego dochodzi fakt, że od trzech dni nie otrzymaliśmy ani grama chleba, o wodzie nawet nie wspominając. Nasze i tak nadniszczone organizmy są teraz dodatkowo osłabione. Szanse na ucieczkę oceniam jako zerowe.
PY.
Ale...
SZY.
Pan EM. ma racje. To nie potrwa już długo. Dzisiaj wieczorem powinni po nas przyjść.
PY.
Ale...
EM.
Przykro mi, żadnych ale. Oni nas i tak nie usłuchają.
PY.
Ale dlaczego?!?
EM.
Bo w dzisiejszych czasach nie słuchamy tego, co do nas mówią żywi. Nie słuchamy siebie, a co dopiero innych. PY.
Czy zatem powinniśmy się poddać?
SZY.
Obawiam się, że nic innego nam nie pozostało.
PY.
Zatem dobranoc.
SZY.
Dobranoc.
EM.
Dobranoc.
Znowu zapada cisza. Z boku sceny słychać...

EPILOG

...sceny słychać szmer kroków. Po chwili wkraczają one na scenę i zapala się światło. Sprzątacz kładzie na podłodze wiadro, moczy w nim miotłę. Zaczyna myć podłogę.

SPRRZĄTACZ
To miejsce przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Po skończeniu swojej roboty wychodzi z Kostnicy i gasi światło.

KONIEC.

dodajdo.com