Medialny mit, czy fakt?
Wojciech SnażykPytanie dotyczy miłości, która jest jednym z ulubionych tematów filmów, książek, czy w końcu obrazów. Skąd takie zainteresowanie tym zjawiskiem? Dlaczego akurat to uczucie jest tak dobrze sprzedającym się produktem w mediach? Obok nienawiści i przemocy jest najbardziej docenianym tematem. Ale czy to, co nam mówią o miłości nie jest tylko fikcją, "świętym gralem", za którym mamy gonić, ale i tak nigdy do niego nie dotrzemy?
W większości filmów twórcy skupiają się na pierwotnych zachowaniach człowieka: na instynkcie samozachowawczym - filmy o bohaterach, którzy choćby nie wiem co, zawsze wychodzą z każdej opresji; na nienawiści - filmy o przemocy, pełne krwi, rzadko niosące jakiekolwiek przesłanie; na popędzie seksualnym - filmy "for adults only". To wszystko jednak nie wyczerpuje natury człowieka. Przecież oprócz pierwotnych instynktów i zachowań mamy jeszcze sferę duchową, ciężką do opisania i jeszcze nie bardzo rozpoznaną. Naukowcy potrafią dzisiaj wskazać dokładnie który sektor mózgu jest odpowiedzialny za zapamiętywanie, za agresję, za popęd seksualny. Problemem jest jednak odnalezienie fizycznego odpowiednika czegoś duchowego. Tutaj wkraczają media i bombardują nas kolejnymi filmami o miłości, gdzie często kreuje się mit, bajkę, historię tak niemożliwą, że aż wiarygodną. Filmy o "prawdziwej miłości", gdzie rzeczywistość jest wyidealizowana, gdzie wszyscy są szczęśliwi, tworzą duże zagrożenie dla ludzi, którzy bez odrobiny realizmu przyjmą te prawdy. Mając w pamięci te idealne obrazy, można odrzucić coś prawdziwego, stracić szansę na realne szczęście.
Na temat istnienia miłości jest wiele tez. Jedna z nich głosi, że nie ma czegoś takiego, liczy się tylko seks, atrakcyjność partnera, ewentualnie zasobność portfela i jak jest postrzegany przez innych. Moim skromnym zdaniem takie postrzeganie miłości jest bardzo płytkie, aczkolwiek pozytywne z ekonomicznego punktu widzenia.
Druga teza mówi, że liczy się w życiu tylko jedno i jest to właśnie miłość, że jest ona prawdziwa i na całe życie. No cóż, to przepiękne romantyczne podejście też do mnie nie przemawia.
Najbardziej skłaniam się ku trzeciemu spojrzeniu na omawiany temat. Jest to pogląd, który mówi, że istnieje popęd seksualny, feromony itp. i on nas pcha do wybranej osoby. Ale to tylko początek, moment zakochania, gdzie wytwarzają się w naszym organizmie różne ciekawe substancje chemiczne, dzięki którym będąc blisko ukochanej osoby, czujemy się bardzo dobrze, latają nam motylki w brzuchu. Ale wszystko w życiu ma swój początek i koniec i motylki w końcu przestają trzepotać skrzydełkami. Po pewnym czasie może pojawić się już zjawisko przywiązania, często mylone z miłością. Powstaje ono naturalnie przez częste przebywanie z daną osobą. Moim zdaniem miłość występuje dopiero wtedy, gdy partnerzy chcą ze sobą być mimo swoich wad, gdy akceptują siebie nawzajem w całości, nie próbując naginać ukochanego(nej) do ideału, gdy się kłócą, ale potrafią dojść do porozumienia.
Podsumowując ,produkt sprzedawany przez media pod metką miłości zdaje się być utopią, bardziej przypominającą bańkę mydlaną, niż zjawisko mające realne odbicie w prawdziwym życiu. Idealizowanie czegokolwiek, co jest ludzkie, zawsze prowadziło do błędnych wniosków i nigdy nie doprowadzi do prawdziwego szczęścia, które jest jak najbardziej realne i osiągalne.

