„The Hurt Locker” wygrał
Niebanalne kino amerykańskie:
„The Hurt Locker” wygrał
Dajmy odciągnąć się na chwilę od dyskusji na tematy polityczne, bo wydarzenia z gali wręczenia najpopularniejszych nagród filmowych zasłużyły na to, by przebić się na szczyty newsowych kolumn. Oto wygrał rozsądek – tak najkrócej można skomentować miażdżącą dominację „The Hurt Locker” nad „Avatarem” w tegorocznym oskarowym rozdaniu. Jury nie dało się omamić ładnemu „opakowaniu” w postaci obrazu trójwymiarowego, który odciągnął uwagę wielu widzów od mizernej gry aktorskiej i płytkiej fabuły.
Przed ogłoszeniem wyników bardzo często można było przeczytać bądź usłyszeć, że ktoś ma swojego faworyta, „ale pewnie wygra Avatar”. Wątpliwości tych osób nie były bezpodstawne, bowiem nie trzeba sięgać daleko, by dać przykład gdy Akademia zaskoczyła widzów swym werdyktem. To przecież zaledwie rok temu Oskara w głównej kategorii zgarnął „Slumdog”, co niejeden krytyk filmowy przyjął z zaskoczeniem. Po zeszłorocznej gali, kiedy opadł przyslowiowy kurz, zaczęto oczywiście racjonalizować to zwycięstwo, ale jego sceptyków nie brakuje do dziś.
W tym roku zafrasowanych kinomanów było sporo już po samych nominacjach, w których to wyróżniono aż dziesięć obrazów, co na tle lat ubiegłych stanowi odejście od normy. Ponadto, w szczęśliwej dziesiątce znalazł się nawet film animowany, a jakby zdziwienia jakiemuś Polakowi nadal było mało, to mógł do tego dodać, że nawet połowa z nominowanych nie weszła jeszcze do polskich kin. Taki stan rzeczy to jednak nie przypadek.
Oglądając wybraną dziesiątkę, przy niektórych filmach ciężko oprzeć się wrażeniu, że zaszła jakaś pomyłka i oglądamy nie to co trzeba. „The Blind Side” to produkcja oparta na faktach, którą ogląda się bardzo przyjemnie, ale nie można jej zakwalifikować gdzie indziej niż do kina familijnego. Nie ma morału ani innych wartości edukacyjno-moralizatorskich. To, co w tym obrazie porusza to jego scenariusz, który w istocie napisało życie, a widzom dane jest po prostu go poznać. Warto, bo nie jest to błaha historyjka, ale sam film nie jest godny nominacji do Oskara.
Z kolei akcja „Była sobie dziewczyna” osadzona jest w Wielkiej Brytanii XX wieku i ukazuje patową sytuację, w jakiej były stawiane wówczas kobiety i poucza, że warto wybrać naukę i ciężką pracę, nawet gdy wydaje się być bezcelowa, zamiast drogi na skróty i życia na cudzy rachunek. Opowieść kończy się jednak mało wiarygodnie i po seansie ma się poczucie obejrzenia raczej lekkiego filmu do zapomnienia po godzinie, niźli obrazu skłaniającego do jakichkolwiek głębszych przemyśleń.
Wspomniana wcześniej nominacja animowanego „Odlotu” to ukłon w stronę niektórych filmów animowanych, które mają na celu coś więcej niż wprawienie odbiorcy w dobry humor. Ale czy akurat ta opowieść o sentymentalnej podróży starszego pana powinna takie animacje reprezentować? „Odlot” na tle chociażby „9” wypada blado. Jeśli już Akademia decyduje się na taką symboliczną nominację, to niech to będzie nominacja lepiej dobrana.
Zastrzeżenia do kolejnych nominowanych obrazów można wymieniać, ale w końcu i tak trzeba się zatrzymać i uświadomić sobie, że coś z tych dziesięciu tytułów trzeba było wybrać.
Choć dla wielu „Avatar” był faworytem, to film reżyserii Jamesa Camerona, którego projekcje na całym świecie przyniosły już krocie, nie zdobył poklasku wśród członków Akademii, czemu tak naprawdę trudno się w ogóle dziwić. Oskar to nadal nagroda dla najlepszych, a nie najpopularniejszych czy najbardziej kasowych produkcji. Nie trzeba być wielkim filozofem, by wiedzieć, że popularność i dochodowość wcale nie równa się poziomowi artystycznemu, co odnosi się zarówno do filmu jak i chociażby muzyki. Można nawet powiedzieć, że w ostatnim czasie to, co cieszy się największym rozgłosem, stanowi jedną z najniższych półek pod względem walorów artystycznych. W rzeczy samej, „Avatar” to bardziej pokaz technicznych możliwości dzisiejszej kinematografii niż aktorska sztuka, bo aktorstwo w ogóle w tym filmie odgrywa rolę drugoplanową. Zwolennicy Oskara dla „Avatara” za najlepszy film przypominają, że to nie jest bajka o niczym, lecz ponad 2 godziny nauki, że ludzie muszą dbać o Ziemię a nie bezmyślnie ją sobie zawłaszczać. Może i tak, ale scenariusz łatwo przewidzieć już 13-latkowi, bo jest sztampowy do granic możliwości i niezwykle przypomina „Pocahontas” sprzed dekady, której jednak nie nakręcono w technice 3D.
Statuetka za najlepszy film dla opowieści o planecie Pandora zakrawałaby chyba na skandal, dlatego też powędrowała w zupełnie innym kierunku. Jury złapało widzów za nogi i zatrzymało na planecie Ziemia, by pokazać nam wojnę, jakiej dawno kino już nie widziało. „The Hurt Locker”, któremu wydano najważniejszy laur oskarowy stanowi przeciwieństwo dla „Avatara”, bo bez patosu i nachalnego bohaterstwa (co przecież nietypowe dla amerykanów) opowiada o zdecydowanie bohaterskiej pracy sapera w Iraku. Doskonała praca kamerą sprawia, że widz przenosi się tam, na bliski wschód, i odczuwa razem z trójką oficerów z grupy saperskiej. Sposób nagrywania scen jest stylizowany na amatorski, jakbyśmy patrzyli oczami jednej z trzech głównych postaci. Każda operacja saperów realizowana jest w tak wielkim napięciu, że gdy oglądasz dzieło Kathryn Bigelow co chwilę przełykasz ślinę, bo nie wiesz czy Arab z telefonem komórkowym rozmawia z teściową czy planuje wysadzić twojego kolegę klęczącego nad ładunkiem wybuchowym.
O psychikę, o wejście w role członków grupy saperskiej chyba Bigelow chodziło przede wszystkim. W każdej godzinie pobytu amerykańskich saperów w Iraku dają się im we znaki różnice kulturowe i nieznajomość obcego języka. W kluczowych scenach samotność i odosobnienie trójki podkreśla przeszywająca cisza i paraliżujący wzrok dziesiątek i setek gapiów, wśród których zawsze może być jeden snajper.
„The Hurt Locker” nie ocenia wojny w Iraku, tamtejszej ludności ani amerykanów. Zostawia zaś widzowi pole do rozmyśleń, jak obca dla nas może być inna cywilizacja i mobilizuje do zrozumienia, że gdy sami pewnych rzeczy nie doświadczymy, to ich nie pojmiemy. Zwycięzca Oskara nie jest oczywiście filmem idealnym. Daleko mu do arcydzieła ze względu na cały wątek głównego bohatera, który wzbudził wiele kontrowersji, szczególnie tuż przed samym rozdaniem nagród. James Renner, jako nowy dowódca grupy, nie podporządkowuje się regulaminowym zachowaniom, stawia na brawurę, przez co akcja co chwilę nabiera tempa. Można to jednak potraktować jako szczyptę hollywoodzkiej przyprawy w naprawdę niezłej produkcji, którą warto obejrzeć. Oglądając „The Hurt Locker” da się jasno odczuć, że wątek niepoważnego sapera to tylko dodatek – odrobina fikcji w bardzo realistycznym przekazie. Przekazie, który w pełni słusznie zdeklasował swojego głównego rywala.
Filip Stańczyk
Tagi: film, kino, Oskar














Odpowiedz.